No i mamy sukces ekologów z dużym poparciem takich co to niby dobre serce mają, czyli podtrzymanie zakazu t.zw. uboju rytualnego. Zadaję sobie pytanie , czy chodzi o ubój rytualny, czyli zabijanie zwierząt bez wcześniejszego pozbawiania ich świadomosci, czy o zrobienie hałasu i pozytywnego PR. Bo jeśli o ubój (co tak głośno krzyczą różnej maści ekolodzy, Palikoty i Pisiory) to dotyczy to ok. 1000 krów i 3000 owiec miesięcznie. Liczba żadna w stosunku do ilości kur i kaczek zabijanych na niedzielne obiady na polskiej wsi. Jęzorem o uboju rytualnym walić łatwo, tak samo, jak chwilę po tym wsiąść do samochodu i pojechac do babci na weekend i zeżreć na obiad czerninę albo rosołek. Tym wszystkim co tak gorąco cieszą się z zakazu zadaję więc pytanie. Jak karać babcię Rózię za to, że szczęśliwa z przyjazdu wnuczka zabiła kaczkę na obiad. Czy na pewno żaden z tych, co tak kłapał jęzorem o humarytaryźmie, nie je czerniny albo wiejskigo rosołu? Coraz łatwiej zrozumieć mi jak mogło dojśc do hitlerowskich mordów (podobno nikt o nich nie wiedział). O tym jak zabija się kury i kaczki na wsi też pewno nie wiedzą. P.S. Ilośc ubijanych krów nie spadnie. Arabowie i Żydzi jesć muszą, więc będą kupować je gdzie indziej (Białoruś, Ukraina itp, gdzie rzeczywiście ubój rytualny to mordowanie)a kury i kaczki jak zabijano na niedzielny obiad tak zabijane będą. Po co więc ten cyrk?