pani doktor Y... z przychodni na ul. Kościelnej niech się w końcu nauczy przychodzić na czas do pracy. Niby godziny przyjęć od 13 (czyli o 13 powinna przyjmować już pacjentów), jednak szanowna pani przychodzi do przychodni dopiero kwadrans po 13 (np. piątek 13.07). Czyli zacznie około 13.30. To samo dotyczy wielu, wielu innych (np. pani stomatolog, średnio pół h spóźnienia). To jest nagminne i to wcale nie jest odosobniony przypadek. Lekarze przychodzą do pracy jak chcą. Mało tego chcesz się zarejestrować - "nie da rady dzisiaj, za dużo już pacjentów" - mówi recepcjonistka. No ale skoro tak się zaczyna, to nie dziw, że ciężko się wyrobić.
Jakim prawem? Co to w ogóle ma być? Jak ja bym tak przychodził do pracy, to by mnie wywalili po 3 dniach! A tu proszę, jak fajnie. Nie dość, że potężna kasa (w stosunku do większości) to zero szacunku dla pacjenta i jakieś limity. Samowolka wszelkiej maści lekarzy już dawno przekroczyła wszelkie granice.
Kochani, napiszcie mi jak to wygląda u Was w przychodniach, pokażmy te dziadostwo na zewnątrz. Określimy mniej więcej skalę zjawiska.