Ponad 1400 złotych diety ma zwykły włocławski radny. Rajcowie jak dżentelmeni - o pieniądzach nie rozmawiają, natomiast podają wiele innych powodów, dla których zostali radnymi lub też będą ponownie ubiegać się mandat. Najczęściej słyszane to: „Nie zawieść zaufania i nadziei pokładanych przez wyborców” lub „ Jest jeszcze wiele do zrobienia”. Nie wypada nie wierzyć.
Naiwnością byłoby jednak sądzenie, że cała „25” włocławskich rajców startuje z altruistycznych pobudek. - To moja pierwsza kadencja. Przeżyłem szok, bo odniosłem wrażenie, że niektórzy startują dla pieniędzy - mówi Andrzej Kazimierczak, włocławski rajca.
Radny złożył poprawkę do statutu miasta, w której chce zawrzeć potrącenia diet za nieobecności na sesjach i komisjach. Każde opuszczenie sesji ma kosztować potrącenie 30 proc. diety, a komisji - 20 proc., nawet przy tzw. usprawiedliwionej nieobecności. Oznacza to, że zwolnienia lekarskie mają być nieuwzględniane.
- Pytanie, czy ktoś zostaje radnym dla diety, czy żeby coś zrobić dla lokalnej społeczności? - dodaje Andrzej Kazimierczak. - Jeżeli radny przebywa na zwolnieniu lekarskim, to otrzymuje pieniądze z ZUS. Nie ma powodu, żeby był wynagradzany za to również z miejskiej kasy. Nie przemawiają do mnie również argumenty o spędzaniu wieczorów na przygotowywaniu uchwał.
więcej w "Nowościach Włocławskich" lub na stronie nowosci.com.pl