Lodołamacze walczą z krą
- Jest groźnie - ocenia profesor Marek Grześ, toruński glacjolog, który w piątek przyglądał się akcji lodołamania na Zbiorniku Włocławskim.
W akcji bierze obecnie udział łącznie osiem lodołamaczy, jednak dwie jednostki trapią awarie. Dlatego zamiast czterech maszyn, jedynie dwie, „Niedźwiedź” i „Jaguar”, pracują na pierwszej linii. To najsilniejsze lodołamacze, jakimi dysponujemy na polskich rzekach. To one wykuwają rynnę, którą ma spływać kruszony lód. Problem w tym, że rynna owa musi mieć szerokość około 400 metrów, by kry mogły w miarę swobodnie spłynąć w kierunku zapory we Włocławku. Dlatego mniejsze i słabsze maszyny zajmują się jej poszerzaniem i kruszeniem szczególnie dużych płyt lodowych, które bardzo łatwo mogą się gdzieś zablokować i muszą zostać rozbite, nim dopłyną do jazu zapory.
Załogi lodołamaczy odliczają już kilometry do czoła przeszkody, o której pisaliśmy na naszych łamach 29 stycznia w tekście „Anatomia lodowego zatoru”. W tym miejscu, na wysokości wsi Popłacin, trochę poniżej Płocka, Wisła jest przegrodzona swoistym korkiem - lód, w różnych swych postaciach, sięga miejscami do dna rzeki. Nim jednak nastąpi atak na tę przeszkodę utrudniającą spływ wód, musi zostać oczyszczone przedpole - to znaczy Zbiornik Włocławski poniżej Popłacina powinien być w dużym stopniu uwolniony z pokrywy lodowej.
więcej w "Nowościach Włocławskich"