Red: W manifestacji w Warszawie wezmą udział także członkowie włocławskich struktur "Solidarności". Dlaczego sprzeciw wobec polityki państwa przeniesie się na ulice stolicy?
Janusz Dębczyński: Mówiąc kolokwialnie, mamy sporo spraw do załatwienia. Do tej pory ani negocjacje, ani spotkania z rządem oraz prace komisji trójstronnej do spraw społeczno-gospodarczych nie rozwiązały nabrzmiewających problemów pracowniczych, społecznych i gospodarczych. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak wyjście na ulice, bo do tego zmusza nas rząd i ta bezczelna większość w parlamencie czyli koalicja PO i PSL.
Takie wyjście na ulice, pełne emocji, może być niebezpieczne.
Każde wyjście na ulice niesie ze sobą nutkę niebezpieczeństwa, ponieważ zawsze mogą się zdarzyć jakieś prowokacje, rzeczy nieprzewidywalne i niekontrolowane. Myślę, że Solidarność jest odpowiedzialnym związkiem zawodowym. Mamy doświadczenie w przeprowadzaniu różnych manifestacji, tych pokojowych i tych bardziej burzliwych. To będzie zdecydowanie pokojowy przemarsz, choć dość głośno będziemy podnosić nasze argumenty i postulaty dotyczące życia Polaków.
Proszę przypomnieć, na co nie zgadza się Solidarność.
Cały czas sprzeciwiamy się niektórym zapisom ustawy emerytalnej, którą kolanem dopchnęła Platforma Obywatelska. Niemcy dwa lata debatowali o zmianach, a u nas zapisano je w przeciągu trzech miesięcy. Protestujemy przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego do 67 lat dla kobiet i mężczyzn. Wniosek w tej sprawie skierowaliśmy do Trybunału Konstytucyjnego.
Kolejna sprawa to wysokość płacy minimalnej - chcemy, by była ona na poziomie 50% płacy średniej w gospodarce. Rząd ma gotowe w tej sprawie projekty ustaw, które przedstawiła Solidarność, ale od ponad pół roku nic z nimi nie robi.
Będziemy także protestować przeciwko niskim progom, które określają poziom pomocy społecznej. Nie zgadzamy się również na umowy śmieciowe - w tej sprawie także złożyliśmy konkretne projekty ustaw, ale rząd jakoś nie chce się nad nimi pochylić. Aczkolwiek ostatnio premier ludzkim głosem przemówił twierdząc, że no tak, faktycznie, ci młodzi ludzie nawet nie mogą wziąć kredytu... Problem dotyczy nas wszystkich - Polska jest na niechlubnym pierwszym miejscu w Unii Europejskiej pod względem ilości zawieranych umów śmieciowych. U nas ta skala sięga 26,9%, w Wielkiej Brytanii - 6%, a w Czechach zaledwie 3%. My uważamy, że tych umów jest znacznie więcej - ponad 40%. To skandaliczna sytuacja, rozważamy złożenie skargi do Międzynarodowej Organizacji Pracy i Komisji Europejskiej na rząd polski. Komisja wydała już trzy dyrektywy w tej sprawie i jeśli rząd nie podporządkuje się, będzie ukarany wysoką grzywną.
Spraw, które nas niepokoją jest dużo: problemy lokalne, społeczne, zagrożenia niektórych sektorów i branż. Koalicja zupełnie nie przejmuje się gospodarką, Polacy mają być sługusami Europy. Nie mamy ani własnych banków, ani własnego przemysłu. Jeżeli nic się nie zmieni, jeśli politycy mający wpływ na kierowanie państwem nie obudzą się, to my, jako naród będziemy takim krajem usługowym dla możnych Europy i świata. A na pewno aspiracje mamy wyższe. Nie po to kształcimy młodych ludzi, żeby wyjeżdżali za granicę i pracowali za psie pieniądze na tamtym rynku.
A co z rosnącym bezrobociem?
No właśnie, my zaciskamy pasa, a administracja rządowa ciągle się powiększa. Koalicja kupuje sobie głosy wyborców zatrudniając swoich kolesi i rodziny. Obecnie scena polityczna jest głęboko zabetonowana, ciężko jest komukolwiek wedrzeć do parlamentu. Zrobił to Palikot, ale to tylko dzięki oszukiwaniu społeczeństwa: mówi, że jest lewicowy, ale tak naprawdę to tylko partia libertyńska, która trafia do pewnych środowisk i głęboko gdzieś ma sprawy pracownicze.
Opozycja coraz głośniej mówi o konstruktywnym wotum nieufności.
Politycy, zwłaszcza koalicyjni, zatracili się zupełnie. Myślą, że jak mają większość, to mogą przegłosować wszystko, nawet ustawę, że od jutra będzie lepiej. Dobrowolnie i samowolnie z tych swoich synekur na pewno nie zrezygnują. Musiałaby nastąpić bardzo silna mobilizacja opozycji, żeby zrobić konstruktywne wotum nieufności, a do tego potrzebne by były głosy z wewnątrz koalicji. Patrząc na konstrukcje opozycji i na to, co robi Ruch Palikota, większej szansy na demokratyczne wotum niestety nie ma, co nie znaczy, że nie trzeba protestować i nie trzeba pracować nad tym, aby kolacja się rozsypała, co w konsekwencji doprowadziłoby do przedterminowych wyborów.
Panie przewodniczący, jak znam życie, wrzuci Pan także niejeden kamyczek do naszego włocławskiego ogródka.
We Włocławku mamy przykład takiej małej ojczyzny lokalnej, w której też panuje republika kolesi, tych z SLD. Ci państwo i ich pobratymcy, znajomi, rodziny mają się dobrze, natomiast w głębokim poważaniu mają resztę społeczeństwa. Robią praktycznie, co chcą, miasto jest sparaliżowane jeśli chodzi o układ komunikacyjny, funduje się nam kolejne podwyżki biletów MPK. Za chwilę MPK będzie wozić samych emerytów, którzy mają darmowe przejazdy, a reszta szerokim łukiem będzie omijać autobusy i spółka się wyłoży.
Niestety, jeśli nawet miłościwie nam panująca ekipa lewicy odda władzę, to kolejna - niezależnie od opcji politycznej, będzie miała olbrzymi problem z zadłużeniem miasta. Część inwestycji zrobiono pod taką hucpę wyborczą, a nie przekładają się one na zwiększenie ilości miejsc pracy. Kamieniowanie rynku i bulwarów to robienie czegoś, żeby tylko coś robić. Panuje u nas duża arogancja władzy, która wie najlepiej, co dla mieszkańców miasta jest dobre.
Ale każdy z nas miał możliwość złożenia swoich propozycji co do przyszłorocznego budżetu.
To było takie puszczenie oka, maleńki ukłon w stronę włocławian. Władza samorządowa doskonale wie, co ma robić i będzie to robiła, co ona uważa za potrzebne i wygodne.
Dziękujemy za rozmowę.