Nadgodziny w komendach pojawiły się w 2005 roku, po dostosowaniu polskich przepisów do unijnego prawa. We Włocławku problem nawarstwił się podczas tegorocznej powodzi. Nominalnie strażacy pracują w systemie dwadzieścia cztery na czterdzieści osiem. Nie mogli jednak funkcjonować w tym systemie podczas klęski żywiołowej.
- Zadań było tyle, że w tym czasie pracowaliśmy praktycznie dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery godziny - mówi Dariusz Politowski, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej we Włocławku.
W efekcie po zakończeniu akcji ratowniczej na każdego strażaka przypada średnio po kilkadziesiąt nadgodzin. Jak poinformował nas rzecznik, straż nie ma środków na wynagrodzenie za nadgodziny. Jedynym rozwiązaniem jest wykorzystanie wolnych dni przez strażaków. Nie będzie to jednak możliwe w najbliższym czasie.
- Lato to gorący okres dla strażaków, bo jest wiele pożarów i innych zagrożeń, więc większość nadgodzin musi poczekać do jesieni i zimy - dodaje Politowski. - Na pewno nikomu nadgodziny nie przepadną, lecz nie ulega wątpliwości, że będzie trzeba uzbroić się w cierpliwość.
więcej w "Nowościach Włocławskich"