Tego nikt nie wie. Policja nie prowadzi oddzielnych statystyk skradzionych zwierząt, a ich zaginięciami się nie zajmuje. Problem też w tym, że czasami nie wiadomo, czy zwierzę zostało z rozmysłem skradzione, czy może samo gdzieś się zabłąkało. Tak właśnie jest z Mańkiem, którego właściciele szukają od kilku tygodni.
- Nasz labrador był na ogrodzonej i zamkniętej posesji, mąż na krótko spuścił go z oka i wtedy pies zniknął. Możliwe, że ktoś go wykradł, ale nie mamy na to żadnych dowodów - mówi pani Katarzyna, właścicielka zaginionego zwierzęcia. Mańka nie widziała od 14 lipca. Pies miał czerwoną obrożę i wszczepionego pod skórę chipa. Jakby zapadł się pod ziemię. Nie pomogło, że rozwieszenie ogłoszeń o jego zaginięciu w całej wschodniej części miasta (podobno Maniek był widziany nad Jeziorem Wikaryjskim) i wyznaczenie 500 zł nagrody za jego znalezienie. - Wiemy, że mnóstwo ludzi zachęconych tą nagrodą szukało Mańka. Miałam wrażenie, że doszło do czegoś w rodzaju “polowania na naszego psa”. Niestety, wszystko bez skutku - opowiada pani Katarzyna. Jak na razie nie ma też odzewu od strony leśników i weterynarzy, którzy mają dać znać właścicielom labradora, że widzieli psa podobnego do Mańka.
Więcej w Nowościach Włocławskich