Uważa, że euro zupełnie zniewoliło ludzi. Henryka, mieszkanka gminy Boniewo, spotkała w Holandii matki, dla których zapełnianie skrzyń owocami to szansa na kosztowną operację chorego dziecka i kobiety, które spędzają całe dnie w polu, by zapewnić rodzinie dach nad głową. Każdy powód, dla którego wyjechały na zagraniczną plantację jest ważny, każdy wymaga poświęceń.
Polki spały tam w barakach. Jedna obok drugiej. W równych rzędach. Ale choć było im ciężko, nie narzekały, bo na to trzeba mieć siłę, a brakuje jej po dwunastu godzinach pracy w słońcu, w deszczu. W polu. - Żadna z kobiet mnie nie poparła, gdy zwróciłam szefowi uwagę, na panujące tu warunki. Żadna nie potwierdziła, że jej też źle - mówi Henryka. - Nie mam żalu, nie odezwały się, bo bały się utraty pracy. Zrozumiałam to już następnego dnia, kiedy mi podziękowano.
W Holandii truskawki sadzi się na podwyższeniu, w specjalnych donicach, a przerwy między rzędami nazywa się rajkami. - Gdy zbiera się na suchym polu, nie jest źle, gorzej, jeśli skierują na bagna - wyjaśnia pani Henryka. Zebrane owoce wkłada się do pojemników, które umieszczone są na specjalnych wozach. - Pchanie pojazdów wymaga dużej siły, zwłaszcza, gdy buty grzęzną w błocie - opowiada kobieta. Właśnie to błoto i ciężki wóz były powodem końca jej holenderskiej przygody.
więcej w "Gazecie Pomorskiej" lub na stronie pomorska.pl