Radny Andrzej Kazimierczak, szef klubu radnych PO, zaproponował, aby radnym za każdą nieobecność na sesji i na komisji potrącano odpowiednio 30 i 20 proc. diety. Nie można by się usprawiedliwiać zwolnieniami lekarskimi ani związanymi z pracą zawodową. - Dieta radnego nie jest wynagrodzeniem za pracę w Radzie Miasta, a rekompensatą za to, co radny na rzecz tej pracy traci - tłumaczył Andrzej Kazimierczak. - Bywa, że aby uczestniczyć w obradach, trzeba wziąć dzień wolny, radni muszą dojeżdżać na sesje i komisje, płacić za parking przed urzędem. Na to właśnie są te pieniądze.
Z opinią od początku nie zgadzała się większość radnych, także z PO.- Uważam, że pracy radnego nie można postrzegać tylko przez pryzmat obecności na sesji, ale za całokształt - argumentował Jan Sieraczkiewicz (PO).
Radni głośno wyrażali sprzeciw. Tym większą niespodzianką był wynik głosowania. Większość była za wprowadzeniem zmian. Projekt uchwały poparli głównie radni PO i PiS, lecz nie na długo. Po przeliczeniu głosów dopatrzono się błędu i głosowanie unieważniono. - Był to typowy popis polityczny - komentuje radna Olga Krut-Horonziak, która głosowała przeciwko propozycjom Kazimierczaka - Większość była przeciw, lecz PiS postanowiło zagrać tą samą kartą co PO, licząc, że uchwała i tak nie przejdzie. Okazało się inaczej i wtedy pojawił się wytrzeszcz oczu i blady strach opanował salę.
więcej w "Nowościach Włocławskich" lub na stronie nowosci.com.pl