Do końca października ma zostać zwolnionych około 200 osób, czyli jedna czwarta z zatrudnionych w fabryce.
Cięcia kadrowe to pierwszy ruch nowego właściciela, słowackiej Penty, która odkupiła Fabrykę Lin i Drutu po ogłoszeniu upadłości. - Do końca liczyłem, że do tego nie dojdzie, ale jednak stało się to faktem - mówi Sławomir Szablewski, przewodniczący zakładowej „Solidarności”. - Związki podpisały porozumienie, bowiem pracodawca i tak miał prawo zredukować zatrudnienie.
Na razie pracę straciło około 100 osób. Do 15 września ma zostać zwolnionych jeszcze 50 osób, a miesiąc później kolejne prawie pół setki. Zawiodły wszelkie próby ratowania chociaż części miejsc pracy - właściciel pozostał nieugięty. - Proponowaliśmy zatrudnienie części zwalnianych w zakładowej ochronie, ale pracodawca nie chciał się na to zgodzić - dodaje Szablewski. - Udało się wcisnąć jedynie kilka osób do liniarni i uzyskać zapewnienie, że w razie zwiększania zatrudnienia pierwszeństwo będą mieli zwalniani pracownicy.
Zwalniani narzekają na bardzo niskie odprawy, które w zależności od przepracowanych lat sięgają 1-3 miesięcznych pensji. Problem w tym, że przez ostatnie pół roku, gdy produkcja była ograniczona, większość pracowników otrzymywała bardzo niskie uposażenia, co przełożyło się na wysokość odpraw. - Kiedyś dostawałem nawet 3 tys. zł brutto, a ostatnim czasie było to 1,2 tys. zł
więcej w "Nowościach Włocławskich" lub na stronie nowosci.com.pl